Witaj Pilocie!

                       FS2004, FSX, IL-2, Battle of Britain, Condor, Lock On, Knights of the Sky ...

       

    jeśli lubisz symulatory lotnicze ...   

 

NEWS

Strona główna
Archiwum news

Forum

Chat

SZKOŁA PILOTA

Tytułem wstępu

Podstawy

Zarządzanie silnikiem w simach

Starty i lądowania

Figury powietrzne

Nawigacja

Pogoda

Porady

TESTY SPRZĘTU

Joysticki

Wolanty

Przepustnice

Track IR

Inne

Polityka oceny

HISTORIA
II Wojna Światowa:

ZSRR

III Rzesza

Inne Państwa

REPORTAŻE

Radom 2002

Orlik Symulator

Góraszka 2003

Sinsheim

Radom 2003

Góraszka 2004

ILA2004

Góraszka 2005

Góraszka 2006

Góraszka 2007

Radom 2007

INNE

Opowiadanka

Malarstwo lotnicze

Fotki :)

Ankieta

Linki: ciekawe strony

GRY

Forgotten Noobs hot!

Balkans on Fire!

STATYSTYKI

Chcesz skomentować działalność strony? Wpisz się do Księgi:

Księga Gości

 


Strona uzyskała pierwsze miejsce w konkursie PODIUM, na najlepszą witrynę onet.pl /Edycja 64/ + nominację


Stronę najlepiej oglądać w Internet Ex. w roz. 1024x768 i na pełnym ekranie (klawisz F 11).


  

Jeśli podoba Ci się zawartość serwisu, a chciałbyś by się dalej rozwijał to wesprzyj dobrowolnie naszą działalność :)

KONTAKT

Twórcy serwisu

Zamów bezpłatną

 prenumeratę:

OPOWIADANIA

Jestem w powietrzu już od dobrych dwóch godzin, ale czuję się jakbym leciał już cały dzień. Cholerny bezpiecznik od elektrycznego ogrzewania kombinezonu znowu się musiał spalić, i jest mi już tak zimno że zaczynam szczękać zębami, mimo maksymalnego nawiewu ciepłego powietrza od chłodnicy silnika. Nie oszukujmy się; za cienką warstwą plexi pędzi huragan zaśmigłowych strug o temperaturze minus pięćdziesięciu stopni, jest tak pierońsko zimno że gdyby nie ogrzewanie wiatrochronu to w parę minut nic bym nie widział do przodu przez kilkucentymetrową warstwę lodu. Jest zima, ale tu dziewięć kilometrów nad ziemią jest zawsze zima. Jeden kolega miał taki numer ostatnio, jak mu wysiadła instalacja elektryczna, i musiał odłączyć się od formacji i zawrócić. Nie zazdroszczę, bo przecież broń też mu zamarzła, gdy tylko wysiadło ogrzewanie elektryczne zamków, ale na szczęście do domu było jeszcze blisko. Tymczasem zbliżamy się do Akwizgranu; wszystko pode mną wygląda jak gigantyczna mapa. Przełączam kran paliwowy na zbiornik główny, i ponownie wyważam trymerem samolot. Zbiorniki podskrzydłowe są już w połowie puste, ale jak wiadomo, w Mustangu dobrze jest pozbyć się najpierw paliwa spod tyłka, tym bardziej wlatując na teren wroga. Słońce na tej wysokości ma upiorny blask i bardzo ostro świeci, na szczęście niewielka jest szansa by ktoś zdołał się w jego poświacie schować jeszcze wyżej. W tym oślepiającym blasku widać wszystkie rysy i ryski na szkle owiewki, nie ma centymetra wolnej od nich powierzchni. Niesamowicie ciemne jest za to niebo nade mną, zawsze mi się to bardzo podobało. Jest czternasta z minutami, a ja widzę gwiazdy, z rzadka przesłonięte włóknistym cirrusem, wyraźnie odcinającym się na granatowym tle.

Rozglądam się. Bombowce tworzą sznur ciągnący się po horyzont. Obracam się do tyłu; nie widzę końca tej kawalkady. Moja eskadra jest po prawej stronie, mniej więcej pośrodku, gigantycznego strumienia wielkich czteromotorowych samolotów. Nie wiem czy teraz, w końcu zimy `44 roku, naziści mają jeszcze w powietrzu tyle samolotów, wszystkich razem, co nasza armada. Nie widziałem żadnego szwaba w powietrzu od dwóch miesięcy, od osiemnastu misji. Teraz jednak bardziej myślę o tym przeklętym bezpieczniku, który kolejny raz doprowadza mnie do gęsiej skórki z zimna. Powoli przesuwamy się naszym kluczem wzdłuż kolejnego klastra bombowców. Esujemy, bo nasza prędkość przelotowa jest dużo większa niż ociężałych grubasów. Gdybyśmy zwolnili do ich prędkości, szybko zagrzalibyśmy swoje silniki, a ponadto zużycie paliwa na zbyt gorących głowicach niepotrzebnie by wzrosło. Widzę jak z mijanego po prawej bombowca strzelec z bocznego okna macha do mnie czymś białym. Delikatnie zbliżam się do niego i macham mu w odpowiedzi. Teraz dopiero, z bliska, widzę czym machał; to były chyba jakieś babskie majtki. Zobaczymy nad Bremą, czy humor nadal będzie mu dopisywał. Dużo słyszałem o tym co dzieje się w tych bombowcach gdy już Flak zacznie do nich grzać, i to nie na wiwat. Wielu z nich leży wtedy na podłodze w tych ich śmiesznych hełmach i kamizelkach przeciwodłamkowych i wyglądają jak banda świrów. Zresztą tajemnicą kantyny jest, że wielu z nich naprawdę pojechało do czubków.

Dowódca nieco przyspieszył, przez tę cholerną ciszę radiową trzeba cały czas się rozglądać, bo chwila nieuwagi i jest się poza formacją; szczęśliwie smugi pary za samolotami wskazują zawsze kierunek dla nieuważnych. Dla niemieckich obserwatorów z obrony powietrznej niestety także, ale teraz to już nie jest takie groźne. Niemców praktycznie już nie ma w powietrzu.

Patrzę na tablicę i od razu pojmuję dlaczego przyspieszamy; temperatury głowic i kolektorów podniosły się za bardzo, zbyt wolno lecimy od jakiegoś czasu. Niekończący się strumień bombowców szybciej mija nasze prawe skrzydła, robimy lekki zwrot i oddalamy się w kolejnym esie. To co najbardziej mi się podoba w moim Mustangu to widoczność z kabiny, wygoda i jego prostota. Jak sobie przypomnę jak się męczyłem wsiadając do ciasnego Spitfire, tę potworną ciasnotę i hałas, to aż mnie dziw bierze że nikt wcześniej nie wymyślił takiej kabiny jak w Mustangu. Mógłbym tu czytać książkę, pić kawę z termosu i jeszcze miałbym miejsce na rozprostowanie się. Ten samolot sam leci. A fotel ma regulację niczym w samochodzie. Tak sobie tu głośno myślę, a widzę wyraźnie że daleko z przodu gdzie znika początek strugi bombowców coś się błyszczy na czerwono. Raca ? I jeszcze jedna… I jeszcze kilkanaście !

Nie mam już żadnych złudzeń, nasza formacja wydłuża się momentalnie, dowódca przyspiesza. Nadal nie przerywa ciszy radiowej, ale chłopaki to stare wygi, nikt nie został za mocno z tyłu. Wszyscy momentalnie przesunęli przepustnice do przodu, i już wyrównujemy szyk. Stary zakołysał skrzydłami i odrzucił zbiorniki spod skrzydeł, pokoziołkowały w dół ciągnąc za sobą białe smugi. Wszyscy powtórzyli, Mustangi pozbawione tych garbów wyraźnie przyspieszają. Stary puszcza racę świetlną, nasz umówiony sygnał. Zmiana szyku. Kolejne przełączanie zasilania paliwem, kolejne wyważenie. Wszyscy to robią, widzę jak samoloty moich kolegów także kołyszą się delikatnie podczas trymowania. Prędkość wzrasta, wlatujemy ponad sznur bombowców i nad nimi z coraz większą prędkością prujemy naprzód. Widzę kątem oka obracające się wieżyczki na niektórych bombowcach pod nami. Wszyscy strzelcy już wiedzą, że żarty się skończyły, i wypatrują śmierci mogącej czaić się dosłownie wszędzie. Po naszej lewej stronie widzę jak rwie do przodu z dużą prędkością eskadra Kanadyjczyków. Muszą lecieć na pełnym gazie, z rur wydechowych buchają im płomienie metrowej chyba długości, a za nimi zostaje ciemny ślad sadzy. Robią błąd, zanim dolecą tam gdzie my, ich silniki będą mieć kolor purpury. Nasz lider wie co robi, będziemy chwilę za nimi, ale będziemy mieć większą moc w naszych silnikach gdy przyjdzie co do czego. Nadal cisza radiowa, nadal niczego nie widzę co mogłoby być przyczyną alarmu tam z przodu.  Nie czuję już zimna, które tak mi dokuczało jeszcze przed chwilą. Jest mi aż gorąco. Czyżby fałszywy alarm?

„Sekcja czerwona, mamy gości, kilka niezidentyfikowanych maszyn usiłuje wspiąć się tu do nas, są na drugiej godzinie, jakieś kilometr pod samolotem prowadzącym. To na pewno szwaby, żaden z naszych dywizjonów nie leciał tak nisko. Widać już smugi za nimi, wznoszą się nadal”.

Poczułem jakby nagle czas zaczął płynąć dwa razy szybciej. Nasz lider nadal milczy jak zaklęty, tymczasem w radio słychać kolejne wywoływania od samolotu prowadzącego wyprawę. Słyszę jak zgłaszają się kolejne dywizjony. Zgłasza i potwierdza się nasz dywizjon, ale lider poza tym nie wydaje nam żadnego polecenia. Nadal lecimy wzdłuż głównego strumienia bombowców, jakieś dwieście-czterysta metrów wyżej, prędkość przekroczyła już 650 kilometrów na godzinę. Nigdy nie lubiłem tych anglosaskich zegarów, i nigdy chyba już się do nich nie przyzwyczaję. Bombowce pod nami przelatują do tyłu jakby stały w miejscu. Jeden z przednich dywizjonów eskorty schodzi w płytkim lewym zakręcie w nurkowanie i rusza na spotkanie intruzów. Mamy całkowitą przewagę taktyczną, liczebną, i naprawdę nie wiem czego ci Niemcy tu szukają, chyba guza.

W tym momencie radio oszalało. Jakiekolwiek rozkazy o ciszy radiowej nie istnieją, przekrzykujące się wywołania kodowe i komendy zlewają się w kakofonię dźwięków. Niemcy atakują !

Nasz lider wymienia szybko kilka uwag z prowadzącym lecącego za nami innego dywizjonu. Zarządził przełączenie na nasz wewnętrzny kanał. Przełączam. Nastała cisza.

W tym momencie widzę wyraźnie przód kolumny bombowców, zbliżyliśmy się już prawie do samego przodu wyprawy, i momentalnie rozumiem po co tu przylecieliśmy. Od czoła widzę wyraźnie rosnące w oczach czarne punkty i błyski słońca odbitego w szkle kabin. Niebo dookoła roi się od kolorowych rakiet. Widzę wyraźnie wybuchy na prowadzących formację samolotach. W tym momencie pomiędzy nami a bombowcami poniżej śmignęło za nas kilka bezkształtnych maszyn. Za nimi mignęły mi jakieś śmieci i kawałki. Pewnie z trafionych bombowców.

„Zostać na pozycjach, utrzymać szyk”. Mam nadzieję że stary jak zwykle wie co robi. Kilka niemieckich maszyn z olbrzymią prędkością minęło nas przed chwilą na kursie zderzeniowym, nie byłoby szans ani sensu ich gonić. Widzę wyraźnie jak kilka z lecących na czole wyprawy samolotów wyraźnie zwalnia i przesuwa się na boki, robiąc miejsce szybciej lecącym pozostałym maszynom. Pięć bombowców, dokładnie pięć. Dwa płoną, jeden jak pochodnia, dla tych chłopaków wojna się już skończyła. Nie widzę spadochronów, nie mam czasu ich wypatrywać, kolejny zwrot, prosto w słońce. Wznosimy się. Widzę przez ramię że dwa obficie dymiące bombowce lecą obok siebie ale wyraźnie wolniej i coraz niżej niż reszta wyprawy. Widzę daleko trzeci bombowiec, nie dymi ale leci wyraźnie wolniej i także coraz niżej. Tamtych dwóch co płonęli od początku już nie widzę. Wyprawa bombowa niczym nieprzerwany strumień znikąd, bez końca, leci dalej. Minimum kilkaset maszyn. Nigdy nie chcą nam powiedzieć ile ich jest, nawet na odprawie po locie trzeba ciągnąć „inteligentnych” za języki. Widzę że kolejne dwa bombowce odłączają się od formacji i zwalniają, jeden blisko nas, drugi nieco dalej, i po drugiej stronie wyprawy, jest znacznie niżej. Pewnie postrzelali się znowu chłopaki nawzajem. Zakończyliśmy zwrot, lecimy teraz wzdłuż strumienia bombowców w przeciwną stronę. Ciągle duża prędkość, lekko obniżamy się. Zaraz będziemy poniżej najniższych bombowców w wyprawie. Widzę po drugie stronie strumienia inny dywizjon myśliwców, robią to samo co my. Nasz lider coś mówi do nich, nie słyszę wyraźnie. Huk pracującego na wysokich obrotach Packarda nie pomaga mi w słuchaniu przemówień radiowych. Jesteśmy już z pięćset metrów ponad bombowcami, widzę wyraźnie pojedyncze kumuluski nieśmiało tworzące się nad zmarzniętą, brudno-szaro białą ziemią na dole. Silnik pracuje jak szwajcarski zegarek, temperatury jak w książce szkolnej. Bombowce ponad nami wyraźnie przesuwają się za nas, widzę daleko koniec wyprawy. Jesteśmy już nad Akwizgranem, ale Flak milczy. To dlatego że są tu ich myśliwce, inaczej już by strzelali. Kolejny zwrot, i znów niżej. Widzę wyraźnie kotłujące się pod nami samoloty i serie kolorowych paciorków. A więc to tam lecimy.

„Pod nami nieprzyjacielskie myśliwce, atakujemy”. Głos starego jak zwykle nie zdradzał najmniejszych emocji, jakby leciał z nami ćwicząc loty w szyku. „Sekcja zielona zostaje, niebiescy wchodzą”. Ruszamy. Włączam podświetlenie celownika, trymuję samolot „na łeb” i odbezpieczam spust. Mój prowadzący pokazał mi ogniem z rur wydechowych że będziemy lecieć teraz nieco szybciej, mimo że już mamy ponad 680 kilometrów na godzinę. Wlepiam pełnego bosta. Silnik ryczy, jakby chciał wyskoczyć z okuć. Prędkościomierz minimalnie przesuwa się naprzód. W uszach wzrastające ciśnienie usiłuje wypchnąć mi bębenki. Jestem lekko z tyłu z prawej za moim prowadzącym. Jestem jego oczami do tyłu. Wpadamy z olbrzymią prędkością w środek powietrznej kotłowaniny. Nie wiem skąd się tu nagle wzięli ci Niemcy, jest ich tu co najmniej kilkunastu. Naszych jest kilkudziesięciu, przelecieliśmy z olbrzymią prędkością przez środek wielkiego kłębowiska, jesteśmy już na siedmiu i pół kilometrach. Teraz dopiero dostrzegam sens manewru mojego prowadzącego: wyprowadzamy, lekkie wznoszenie, a przed nami trzy dwusilnikowe samoloty na ostrym wznoszeniu. Prawdopodobnie chcą się prześliznąć do bombowców, a tamci mieli odwrócić uwagę eskorty. Ciągle cisza w słuchawkach, dlaczego mi nic nie powiedział? Cholera, radio chyba nie działa. Skaczę po kanałach. Cisza. Ten bezpiecznik od ogrzewania nie spalił się chyba przypadkowo po raz kolejny, tu się dzieje coś niedobrego z prądem. Nie mam czasu na szukanie awarii ani na zastanawianie się, samoloty rosną nam w oczach, walimy prosto na nie!

Zacieśniamy wznoszenie, lekki skręt, wychodzimy za nich. Mamy dużą przewagę prędkości, widzę że nie będziemy się z nimi bawić. Widzę jak mój prowadzący oddaje długą serię do środkowego szwaba, sekundy później mijamy ich i wchodzimy ostro w górę. Z naszej prawej strony widzę jak z góry spływają ku nam pozostałe maszyny naszego dywizjonu. Ja nic nie słyszę ! Widzę wyraźnie sylwetki Niemców pod nami, to Me-410, nie mają żadnych szans. Jest ich trzech, nas cały dywizjon. Łaskawie wreszcie zauważyli nas, rozdzielają się. Biorę pierwszego z lewej, leci jakoś tak niemrawo. Mój prowadzący oddala się, ale nie muszę go pilnować. Panujemy nad sytuacją. Sylwetka w celowniku rośnie błyskawicznie, nurkuję wprost na niego. Naciskam spust, samolotem trzęsie jakbym jechał po brukowanej kostce na ulicy. Poprawiam, przenoszę ogień nieco przed niego, widzę wyraźnie jak pociski uderzają w skrzydła. Leci mnóstwo śmieci. Mijam go w odległości może kilku metrów, śmignął mi tylko do tyłu. Wychodzę w górę, mam mnóstwo energii. Widzę teraz jak nasi rozprawili się z tym prowadzącym samolotem, dymi, nie-płonie, już jęzor ognia za nim, spada spiralą w dół. Gdzie ten trzeci?

Bawię się sytuacją, efektownym wywrotem spadam ponownie w dół, jak kamień, jak orzeł na swoją ofiarę. Widzę wyraźnie mojego Niemca, widzę też jak dwóch naszych zbliża się do niego po krzywej. Jestem szybszy. Oddaję dwie krótkie serie, widzę wyraźnie jak prawy silnik zaczyna dymić a śmigło staje w miejscu. Samolot przewala się przez plecy i spada w dół, ja robię zwrot bojowy. Nie potrzebuję już energii, walka jest skończona. Silnik pracuje na wolnych obrotach, spadam ponownie, na łeb, na szyję. Dla wygody, z lenistwa, trymuję sobie samolot „na mordę”. Spadam wprost na dymiącego Niemca. Długa seria, jest dokładnie przede mną. Pociski wpadają w prawe skrzydło, spokojnie wyrównuję lot i ustawiam się niedaleko Niemca. Widzę jak ciągle lecą z niego jakieś śmieci, kupa dymu. Odpadają osłony, wyraźnie widzę jak jedna sylwetka oddziela się od kadłuba. Po chwili pod moim prawym skrzydłem zakwita czasza spadochronu. Ten drugi chyba już nie będzie wysiadał, samolot w korkociągu spada w dół. Widzę wyraźnie jak odrywa mu się skrzydło, i wrak bezwładnie opada. Zniknął mi już na tle szarej ziemi, widzę tylko smugę dymu za nim. Zawracam, widzę kątem oka spadochroniarza. Widzę też jak z góry spływają dwa Tempesty, i kierują się wprost na niego. Nie chcę na to patrzeć. Pewnie go rozstrzelają. Zwiększam obroty i wznoszę się w kierunku bombowców, których smugi kondensacyjne widzę wyraźnie w górze. Muszę znaleźć swoich, odłączyłem się przecież a nie mam radia.

Czuję potężny wstrząs i słyszę straszny huk. Kabina wypełnia się kurzem, mam pełno paprochów w oczach i ustach. Czuję swąd. Nie zastanawiam się, machinalnie zdejmuję zupełnie gaz i z całej siły zaciągam samolot. Słyszę wyraźnie jak wypadło mi podwozie, nie wiem jak mocno dostałem, ale na pewno dostałem, i to po bebechach. Samolot momentalnie traci prędkość, gdyby nie pasy to uderzyłbym twarzą w  celownik; dookoła mnie widzę smugi i kolorowe ogniki przelatujących pocisków. Jestem sam, nikt mi nie pomoże, nie mam radia. Klapy na full. Upojony zwycięstwem zachowałem się jak szczeniak, dałem się komuś podejść. Cholera, tak to nie będzie proszę pana! Nad moją kabiną rozłożył się w całej swojej okazałości Bf-109, tak samo jak ja próbujący zwolnić, ale i tak mnie przegonił, miał dużo większą prędkość. Za łatwo zwęszył łup, chciał mnie tylko dobić, a powinien był wykorzystać prędkość i wyrwać w górę. To jakiś gówniarz, słyszałem że tylko tacy im zostali, może mam jeszcze szansę. Wypadki toczą się błyskawicznie, messer ostatecznie zwala się przez skrzydło i spada, mijając mnie o parę metrów. Omal się nie zderzamy, ja przepadam ułamek sekundy za nim. Jego wielka sylwetka za moment śmignie mi tuż przed nosem!  Teraz!

Wciskam spust, nie zastanawiam się nad tym co robię. Walę ile wlezie, aż po koniec amunicji. Nic nie widzę, czerwono w oczach, przeciążenie wyrywa mnie z fotela, wiszę na pasach. Samolotem zatrzęsło, słyszę wyraźnie jakieś uderzenia w kadłub. Dookoła owiewki śmignęły mi jakieś śmieci. Dostał, na pewno dostał !

Drążek usiłuje mi wyrwać się z ręki, znów płynące strugi powietrza gwałtownie ruszyły sterami. Zamykam klapy, wlepiam pełen gaz, muszę odzyskać prędkość i wyrównać lot. O powrocie do swoich nie ma już mowy, są zbyt daleko. Celownik zgasł, lampki na tablicy nie świecą. Co się dzieje z samolotem? Rozglądam się. Widzę cienką smugę dymu oddalającą się na południe, ciągnie się za coraz mniejszym myśliwcem. Oddala się. Trafiłem go, na moje szczęście nie był doświadczonym pilotem, takim z jakimi mieliśmy tyle gorących chwil nad Kanałem. Skąd się tu wziął i czemu był sam, nie mam pojęcia. Mam nadzieję że martwi się teraz o siebie i już po mnie nie zawróci. Gorzej jeśli zawoła kolegów. Patrzę w górę. Setki małych obłoczków otacza kropki ciągnące za sobą białe kreski. Flak strzela ogniem zaporowym do bombowców, a więc nie ma chyba już Niemców w powietrzu, mam szczęście. Widzę w oddali Akwizgran, przez te kilka minut oddaliłem się znacznie na zachód, w stronę naszych wojsk. To dobrze, bo lepiej się nie zapuszczać bez potrzeby samemu nad Niemcy. Dobra, teraz co ze mną. Instalacja elektryczna chyba siadła w kabinie, działają mi tylko przyrządy napędzane pneumatycznie. I termometry. Silnik na szczęście pracuje równo. Nie jest wesoło, jestem nad terenem wroga, sam, nie mam łączności i nie wiem co się dzieje z samolotem. Wybieram kurs mniej więcej do swoich, potem się będę martwił. Ustabilizowałem lot, obroty przelotowe, samolot wytrymowany ale nie bardzo chce lecieć sam, wyraźnie ściąga go na prawo, i zadziera nos. Muszę się z nim trochę siłować. Teraz dopiero czuję że jest przeraźliwie zimno w kabinie i paruje mi rama owiewki. Obracam się i widzę dziurę w owiewce, tuż za swoją głową. Omal nie dostałem w głowę. Jestem na sześciu kilometrach, gdyby nie maska tlenowa byłbym już trupem. Muszę zejść natychmiast niżej. Lampki na tablicy nie działają, prawdopodobnie mam ciągle wysunięte podwozie z prawej strony, albo klapa od podwozia odkształciła się i wisi pode mną. Lecę bardzo grzecznie, 350 kilometrów na godzinę, ale mocno opadam. Muszę mieć duże opory spowodowane uszkodzeniami. Palce w rękawiczkach powoli sztywnieją z zimna. Tarcze zegarów zaczynają parować, niech to szlag. Opadam. Oglądam teraz na spokojnie maszynę. Widzę wyraźnie dziury w skrzydłach, i mnóstwo odprysków i zarysowań. To pewnie odłamki z tego messera. Śmigło też musiało coś wyłapać, czuję wyraźnie jak samolotem delikatnie trzęsie. Niedobrze, wał silnika może tego nie przeżyć, a do naszych pozycji jeszcze kawałek. Wychylam głowę za zagłówek i widzę że mam oderwany prawie cały lewy statecznik. Poza tym ciągnę za sobą jakąś smugę, paliwo albo olej, ale nie wiem co się dzieje bo tablica przyrządów częściowo zaparowana, częściowo nie działa. A to co działa chyba kłamie, bo temperatura głowic spadła poniżej obrotów jałowych, a ja lecę na średnim gazie. Silnik jednak chodzi jak na razie. Widzę dym spod lewego łokcia. Pali się coś chyba. Zaczynają lecieć spod tablicy iskry, nie słyszę skwierczenia przez martwy hełmofon, bez którego chyba odmroziłbym sobie całą głowę. Wysokość cztery i pół kilometra, prawdopodobnie zaraz będę po naszej stronie frontu, o powrocie do Anglii mogę zapomnieć. Mustang umiera. Wpadam w chmurę, jakiś mocno wypiętrzony altokumulusik, nie chciałem go omijać żeby nie tracić prędkości. Czuję że silnik słabnie, prawdopodobnie siada elektryka i poszły już iskrowniki z pierwszego obwodu. Dookoła biało, widzę tylko końcówki skrzydeł. Nagle następuje to czego zawsze tak bardzo się bałem, i co zabiło już tylu przede mną: oblodzenie. Wypadam z chmury, jestem na niecałych trzech kilometrach, może nawet nie, ale wyraźnie widzę jak skrzydła migoczą i świecą w słońcu. Pokrywa je gruba warstwa lodu. Zlodzilo mnie w tej cholernej chmurze, której nie chciałem omijać ratując resztki prędkości. Samolot momentalnie zrobił się jak cegła, stery nie reagują na moje wysiłki. Stałem się prawie niesterowny. Samolot zaczął zwalniać, czuję to wyraźnie, pasy wbijają mi się w ramiona. Do ziemi jakieś dwa tysiące metrów, wysokościomierz wciąż działa, nie ma na co czekać, pora się przewietrzyć. Zrzucam osłonę, na szczęście odchodzi bez problemów, uderzenie wiatru w twarz odrzuca mi głowę. Uwalniam się z pasów, samolot staje powoli, jakby od niechcenia, na ogonie. Teraz albo będzie za późno!

Odbijam się z całej siły nogami, i wypadam z kabiny. Wiatr uderza mnie jakbym wpadł na ścianę, jest lodowato zimno, ale i tak na pewno cieplej niż tam w górze. Koziołkuję, nie wiem gdzie jest góra gdzie dół, mam zamknięte oczy bo ból lodowatego powietrza walącego w oczy jest nie do wytrzymania. Gdzie moje gogle? Szarpię za wyzwalacz, chwila prawdy. Wstrząs, znowu wstrząs. Szarpnięcie, pasy wbijają mi się w ciało z wielką siłą, na chwilę ciemnieje mi w oczach. Wszystko się momentalnie uspokaja, nastaje niesamowita cisza. Huragan gdzieś znika, czuję tylko normalne smagania zimnego wiatru. Widzę mój samolot, ciągnący za sobą ciemniejącą smugę, jak nurkuje prawie pionowo do ziemi. Jego cień zbliża się do niego błyskawicznie na białym tle zaśnieżonego pola. Wybuch, słup dymu. A ja dyndam tu sobie wesoło w górze. Ciekawe gdzie jestem, i czy nie zamarznę zanim opadnę, bo do ziemi jeszcze z kilometr, a nie mam już zupełnie czucia w stopach. Myślę o gorących pierożkach u Grubasa. Opadam powoli. Widzę w dole jakiś zagajnik, dookoła pola, w oddali rzeka i jakieś zabudowania. Strzelanina, teraz wyraźnie słyszę jej odgłosy, i widzę smugowe trasery pocisków z broni maszynowej. Tam jest jakaś bitwa. A więc spadam niemal na linii frontu, jest szansa że trafię na swoich. Pode mną także teraz widzę dziesiątki wybuchów, ziemia aż kipi, dziesiątki świetlnych pocisków walą w kierunku jakiegoś obiektu na drodze… teraz już widzę, to samochód pędzący drogą pode mną. Jestem już kilkadziesiąt metrów nad nim. Widzę wyraźnie jakiegoś faceta za kierownicą przemykającego pomiędzy wybuchami i dziurami, a obok wychylony za okno do połowy z miejsca pasażera jakiś chyba rolnik, nie wiem, nie widzę, jakiś kaptur ma na głowie, ale wyraźnie wymachuje w moją stronę kosą i coś wyzywa, a tamten co prowadzi wali go w głowę jakimś wężem gumowym od nagrzewnicy z Poldasa i wciąga do samochodu. Za nimi kawalkada Willysów i Kubelwagenów z żandarmerii wojskowej, jakaś straż pożarna, i jacyś ruscy na Gazikach. Co tu się dzieje !?

Uderzam w ziemię, wstrząs, jeszcze jeden wstrząs. Czuję że ktoś mnie szarpie, jakieś głosy.  „Marcin! Marcin! Samochód na dole, ruszaj dupsko, po drodze się wyśpisz, no wstawaj!”…

autorem tekstu jest Elwoodzik

 

SCREENSHOTS

Screenshots IL2

Arty (screeny)

   SEKCJA SYMULATORÓW

LOCK ON

Spojrzenie na LO

Porady

Linki


Flaming Cliffs

Black Shark

FALCON 4: AF

Recenzja

Dodatki - add ons

FS2004/FS X

Flight Simulator 2004

Flight Simulator X

Recenzje - add ons

Downloads

Linki

RISE OF FLIGHT

Recenzja RoF

Screenshots

Samoloty-addon's

Multiplayer

Linki

BOB II: WoV

Recenzja BoB 2

CONDOR

Recenzja Condora

Linki

BOB: SOW

Zarys symulatora

Recenzja

Multiplayer

Linki

WINGS OF PREY

Opis gry

Recenzja

Przydatne linki

SERIA IL-2

IL-2 Sturmovik

Forgotten Battles

Ace Expansion Pack

Pacific Fighters


Downloads

Multiplayer

Porady i Tracki

Patche

Hyperlobby

Linki

IL-2 w detalach (foto)


The last days

TARGETWARE

War over Poland'39

Download

Forum

Linki

LONGBOW

Recenzja Janes: L2

JANES F/A-18

Opis symulatora

Linki

                 REKLAMA

 

 

Copyright © 2001-2010 YoYo. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wykorzystywanie artykułów, cytatów i zamieszczanie zdjęć z tej strony bez zgody autora jest zabronione